18-05-2012





Bóg jest godzien podziwu, ale nade wszystko godzien miłości, więc Go miłujmy - miłujmy Go na tyle, aby cierpieć dla Niego wszystko...


św. Teresa od Dz.J.

  Wspomnienia                                                       

 

Papież Jan Paweł II w Berlinie, 23 czerwca 1996 roku


          Stadion Olimpijski w Berlinie przed przybyciem Papieża  Papież Jan Paweł II na bieżni Stadionu Olimpijskiego

K.Olszewski, K.Kidula, U.Stroba
D.Buczyńska, J.Panek
Muzycy katedralni dyryguja chórami                   
 
Jan Panek, wiceprezes chóru

Bardzo często spotykamy się z dziwnymi, niezwykłymi zjawiskami, które każą nam zastanowić się nad symboliką tych zdarzeń i nad wynikłym z tego pytaniem, czy Pan Bóg w tajemniczy, ale jednocześnie czytelny sposób nie przekazuje nam czegoś, co świadczy o Jego istnieniu, Jego potędze, Jego zamyśle.

 

Pięćdziesięciolecie 1936 – 1996, to niewielki przedział czasowy w historii ludzkości.

 

W 1936 roku Stadion Olimpijski w Berlinie stał się areną niezwykłego tryumfu Rzeszy Niemieckiej w czasie Igrzysk Olimpijskich. Był także objektem propagandowych manifestacji hitlerowskich, zapowiadających m.in. tysiącletnie panowanie tejże Rzeszy nad całym światem, po wstępnym zniszczeniu Kościoła Katolickiego.

 

Czyż to nie powód do głębokiej refleksji, że akurat w 1996 roku na koronie berlińskiego Stadionu Olimpijskiego stanął namiestnik Chrystusa, Ojciec Święty, Jan Paweł II?  Czyż to przypadek, że akurat dokładnie pięćdziesiąt lat po obecności na tym miejscu tryumfującego wysłannika Szatana ogłaszajacego światu tysiącletnie panowanie Imperium Zła, na koronie tego samego berlińskiego Stadionu Olimpijskiego stanął Papież, Jan Paweł II, Polak, syn narodu napadniętego i skazanego na wyniszczenie?

A przecież w tedy, w 1936 roku wiele wskazywało na to, że Rzesza Niemiecka będzie rzeczywiście długo istnieć, może będzie nawet tysiąc lat trwać. Tak uczyli i kazali wierzyć niemieccy ideologowie i ich polityczni wykonawcy, a kto w to watpił lub się sprzeciwiał temu poglądowi, wędrował do obozu koncentracyjnego, jak mój wujek.

Minęło zaledwie pół wieku i po „tysiącletniej” Rzeszy nie pozostało śladu, a na szczycie Stadionu Olimpijskiego pojawił się Piotr naszych czasów,  aby wśród zgromadzonego tłumu odprawić bezkrwawą ofiarę Chrystusową, którego już nigdy nie miało być nie tylko na tym miejscu, ale także na świecie...

Papież objechał «papamobilem» bieżnię stadionu, pozdrawiając rzeszę wiernych, zgromadzoną na trybunach i płycie boiska. Liturgię eucharystyczną z Papieżem koncelebrowali liczni kardynałowie, arcybiskupi, biskupi, wszyscy członkowie Niemieckiej Konferencji Episkopatu. Na stadionie obecni byli prezydent Niemiec, kanclerz federalny, burmistrz Berlina, przedstawiciele korpusu dyplomatycznego. Podczas Mszy św. Papież dokonał beatyfikacji dwóch kapłanów niemieckich, którzy przeciwstawili się otwarcie dyktaturze nazistowskiej i zapłacili za to życiem.

Zgodnie z zamiarem Polskiej Misji Katolickiej w Berlinie Chór Auxilium miał być jedynym chórem śpiewającym przy polskim Papieżu. Ale okazało się, że i berlińscy katolicy chcą uczcić Ojca Świętego i jako organizatorzy uroczystości nie zrezygnowali z przywileju kierowania oprawą muzyczną Eucharystii. Musieliśmy się zgodzić na wspólny, polsko-niemiecki śpiew, który przerodził się w znak piękna i mocy Chrystusowej jedności, byliśmy jednym Kościołem, jedną wspólnotą.

Niezwykłe to było wydarzenie!

Jan Paweł II ubrany w zielony kolor wiecznie żywej nadziei, wśród licznych dostojników Kościoła ubranych również w zielone szaty liturgiczne, porywający te szaty wiatr symbolizujący Ducha Świętego i ten podniosły nastrój wyjątkowego święta, na niezwykłym miejsu, w wyjątkowym czasie historii....

A ponad bazaltowymi i granitowymi kamieniami stał On, Piotr Skała, w zielonym ornacie z pastorałem i błogosławiącą ręką... Błogosławiącą temu miastu, światu, kuli ziemskiej... Na tym miejscu wyjątkowym stał teraz On, wysłannik Boga, aby to miejsce, to miasto, świat cały znowu przywrócić Chrystusowi. Stał Papież Kościoła, którego bramy piekielne nie zwyciężą.




Wspomnienia Henryka Żurka

Fotografie Kariny Kidula i Jana Panka





Koncert kolęd w Ambasadzie PRL po upadku Muru Berlińskiego


Mur Berliński, na dalszym planie budynek Ambasady PRL

W Berlinie Zachodnim czuliśmy się nieraz jak zamknięci w klatce, obwarowanej złowrogim, złowieszczym murem. Odwiedzających nas gości, którzy koniecznie chcieli zobaczyć Berliński Mur z bliska, podprowadzałem pod Bramę Brandenburską i wśród licznych pokrywających mur napisów, pokazywałem jeden napisany po polsku: „ A mury runą, runą i pogrzebią stary świat”. I choć napis ten często ogladałem, nie wierzyłem w jego realizację. Niedaleko Bramy Brandenburskiej i fragmentu muru z owym napisem znajdowała się Ambasada Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w NRD.

I przyszedł jednak czas, że wbrew logicznym kalkulacjom mury runęły. Wraz ze zburzonym Murem Berlińskim zniknął także proroczy wiersz skreślony polską ręką. 

Zbliżało się Boże Narodzenie tego pamiętnego roku, z odczuwalną już odwilżą polityczną. Zamiast w styczniu (jak to było wcześniej odgórnie zarządzone) postanowiono w Ambasadzie urządzić tzw. Wieczór Gwiazdkowy już w grudniu i do tego z koncertem polskich kolęd. Niezwykłym wydarzeniem był nie tylko zaplanowany akcent religijny uroczystości, ale zaproszenie przez socjalistyczną ambasadę chóru kościelnego do zaśpiewania kolęd. Z uczuciem towarzyszącym odwiedzinom rodzinnego domu wchodziliśmy do gmachu Ambasady, a następnie do  przepełnionej zaproszonymi goścmi sali widowiskowej. Staraliśmy się śpiewać jak tylko potrafiliśmy najpiękniej, choć wzruszenie odbieodbierało nam dosłownie głos. Oto bowiem niedaleko Bramy Branderburskiej i Reichstagu, w 

sercu Berlina, w miejscu gdzie słowo Boże od dziesiątków lat nie miało prawa bytu, wśród ludzi być może nie wierzących w Boga, śpiewaliśmy o Bożej Dziecinie, która przyszła na świat, aby zbawić wszystkich. Kiedy w przerwie ks. Chodźko wyciągnął z torby naręcze opłatków i polecił nam wręczać je zebranym, kiedy zaczęliśmy się wspólnie nimi łamać i składać życzenia, w niejednym oku zabłysła łza... Koncert się już skończył,  a pracownicy  ambasady i zaproszeni goście nie chcieli nas wypuścić. I w tedy zobaczyłem jak ks. Chodźko wyciągnął nagle z futerału swoje nieodłączne skrzypce, usiadł   samotnie

na opuszczonej przez nas scenie i zaczął grać. Niezapomnę tego widoku. Na wyniosłości sceny siedział ubrany na czarno kapłan w białej koloratce, nad nim wisiał gobelin z orłem białym, jeszcze bez korony, a cała sala zamarła słuchając jego gry. Nie była to może gra wytrawnego solisty, ale melodia skrzypiec wzruszała, a tęskne zawodzenie smyczka poruszało serca. Do melodii granych kolęd stopniowo przyłączało się coraz więcej zebranych, niektórzy tylko nucili, gdyż zapomnieli już dawno słów nauczonych w dzieciństwie, a w końcu wszyscy zgromadzeni, niezależnie od przekonań i światopoglądu, jednym głosem  zaczęli po raz pierwszy w tym budynku wyśpiewywać chwałę Bożej Dziecinie, Chrystusowi, Panu naszemu. 

Jeszcze długo w grudniowy wieczór jarzyła się polska ambasada  światłem i ciepłem przeżywanej kolędy, a światło to było jaśniejsze od fosforyzującej w oddaleniu Bramy Brandenburskiej.

Wspomnienia, fotografia  Berlińskiego Muru i Quadrygi - Henryka Żurka

Fotografia z koncertu w Ambasadzie -  Kariny Kidula